Sześć etapów blogowania

Istnieje sześć faz, przez które musi przejść większość twórców internetowych.

Cały sześciofazowy proces zaczyna się od

niepewności

kiedy to zadajesz sobie te wszystkie głupie pytania o sens zakładania bloga. Aż 99% twórców odpada już w pierwszej fazie. Jeśli jednak uda ci się przez nią przebrnąć i założysz nowy blog… o, przepraszam, miało być: i zaczniesz świadomie tworzyć w sieci, kreując swoją markę lub produkt z nią związany – wtedy pojawi się

strach

Czy sobie poradzisz? Czy nadajesz się do pisania? Co będzie, gdy dowie się mama? Na tym etapie też odpada 99% potencjalnych twórców. Tak na oko, bo nikt badań nie robi.
Bardzo wielu osobom, którym udaje się przejść przez pierwsze dwie fazy, w pewnym momencie zaczyna towarzyszyć

euforia

To jest ten moment, kiedy dostrzegasz, że to, co robisz, ma sens. Pojawiają się pierwsi czytelnicy, komentatorzy, ktoś udostępnia na Fejsie twój tekst, ktoś daje lajka pod fotką albo pisze ci pod filmem, że jesteś zajebisty.
Zaraz po euforii pojawia się

wściekłość

bo tam, gdzie masz fanów, masz też przeciwników, zwanych nieraz hejterami (choć oni sami zawsze określą się mianem konstruktywnych krytyków). Hejter to taka menda, która występuje tam, gdzie można ci dowalić. Nienawidzi cię, ale czyta twoje teksty. Nie lubi cię i zawsze musi to głośno powiedzieć, najczęściej wielokrotnie i w różnych miejscach. Hejterzy są zdolni do poświęceń; czasami nawet kupią twój produkt tylko po to, aby móc powiedzieć, że jest do dupy.
I wreszcie pojawia się

stagnacja

która może mieć różne formy, najczęściej jest połączeniem wszystkich poprzednich faz. Nie myśl sobie, że tacy blogerzy jak ja nie odczuwają niepewności lub strachu. Jestem takim samym pimpusiem, jakim byłem pierwszego dnia po założeniu bloga – teraz tylko mam trochę więcej doświadczenia. Ja również odczuwam strach, też nie mam pewności, czy idę w dobrym kierunku, czy nie napiszę czegoś, co sprawi przykrość dobrym ludziom. Zdarzało mi się i żałuję tego, bo nie zawsze byłem w stanie przewidzieć konsekwencje wypowiadanych słów – ale taki jest urok tego świata. Każdemu z nas wymsknie się czasem o jedno słowo za dużo, dlatego od lat trzymam się twardej zasady, że nigdy personalnie nie atakuję blogerów i nie hejtuję ich, gdy coś złego napiszą, kogoś obrażą lub wkurzą. Nienawiść zostawiam innym, sam wolę stanąć w obronie. Nigdy też nie atakuję pierwszy, a to, co mi się nie podoba, przekazuję blogerom w wiadomościach prywatnych. Chamski i wulgarny byłem dawniej, jeszcze przed erą serwisów społecznościowych, ale to była przejściowa kreacja, w której zawsze się źle czułem. Natomiast w dobie Facebooka nigdy pierwszy nie napisałem o kimś czegoś obraźliwego, nieprzyjemnego, napastliwego. Jeśli już zdarza mi się być wulgarnym, to zawsze jest to reakcja na czyjeś chamstwo. Mimo to nie pozwalam sobie na to zbyt często.

Stagnacja jest najgorszą fazą, ponieważ towarzyszą jej także te poprzednie: strach i niepewność. Na tym etapie w wielu przypadkach zatrzymujemy się w rozwoju i nie wiemy, co dalej robić. Jedni się cieszą tym, co mają (obawiam się, że zbyt często zaliczam się do tej grupy), inni są pogodzeni z losem i żyją w przekonaniu, że nie wyjdą poza przeciętność.

Gdybym był którymś z popularnych trenerów motywacyjnych, powinienem w tym miejscu krzyknąć, że to nieprawda i nie możesz się poddawać, bo każdy z nas jest stworzony do osiągnięcia sukcesu. Wiem jednak, że to bzdura.
Gdybym w dzieciństwie intensywniej trenował piłkę nożną, być może dziś Lewandowski wiązałby mi sznurówki. Gdybym lepiej grał w szachy, być może teraz czytałbyś poradnik napisany przez arcymistrza. Czasami trening czyni mistrza. Ale w social mediach do sukcesu potrzebujesz także szczęścia, a tego nie da ci żaden poradnik.
Stworzysz najlepszy produkt na świecie i nawet będziesz znać się na sprzedaży, ale i tak może on przejść bez echa. Świat zna takie przykłady. Wystarczy, że rozejrzę się po swoim biurku. Co widzę? Kindle’a, Apple Watcha i stary aparat cyfrowy. Amazon nie był pierwszy ze swoim Kindle’em i mimo że pierwsze modele czytnika były do dupy, to jednak zawojowały rynek. Apple też nie wymyśliło smartwatcha, ale to właśnie ich zegarek najlepiej się sprzedaje. Cyfrowe aparaty wiele lat temu opracował Kodak, ale na nich nie zarobił, bo większe nadzieje pokładał w modelach analogowych.
Pokuszę się tu o stwierdzenie, że najbardziej utalentowani blogerzy są wciąż najmniej znanymi blogerami. Czasami jestem bliski wpadnięcia w kompleksy, gdy zaglądam na strony, o których świat nie słyszał, gdy i widzę, jak pięknym stylem są pisane, jak piękne zdjęcia robią ich autorzy. Oni nic nie robią źle. Po prostu brakuje im trochę szczęścia.
Ostatnią ze wspomnianych faz jest upadek, ale o nim opowiem Ci innym razem.

Wpis pochodzi z książki „Social Media Start”, którą możesz kupić wyłącznie na JasonHunt Store

Related Articles

Responses

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Ostatnie godziny tegorocznej promocji (do 75% taniej!) na szkolenie MasterClass: Bloger i Biznes 

motionmailapp.com